Walka o Meksyk

Autor: Karol May

— Ten drań skradł Marquesowi znakomitego wierzchowca. W drogę!
W miarę jazdy Gerard miał coraz bardziej ponurą minę. Po pewnym czasie mruknął:
— Bardziej cwany, niż przypuszczałem.
— Nie spał wcale? — zapytał jeden z vaquerów.
— Ano właśnie. Na tym skradzionym koniu natychmiast pojechał dalej. Ma nad nami przewagę jakichś czterech godzin. Nie dogonimy go przed wieczorem.
I rzeczywiście. Kiedy zbliżali się do Santa Jaga, był już zmrok, a zbiega ani śladu.
— Nieprawdopodobne, żeby ten łotr zatrzymał się w mieście — zauważył jeden z vaquerów — ponieważ…
— A mnie się wydaje — przerwał mu Czarny Gerard — że właśnie tak, coś mi mówi, że on tu mieszka.
I okazało się, że Gerard ma rację. Tuż przed Santa Jaga spotkali mężczyznę z małym wózkiem ciągnionym przez woła. Zatrzymali konie.
— Dobry wieczór — powiedział uprzejmie Gerard. — Czy dobrze zna pan miasto?
— Jakżeby nie. Urodziłem się tutaj.
— Domyślam się, że idzie pan z północy. Czy wielu ludzi spotkał senior po drodze?
— Nikogo. A dokładnie mówiąc


Strony: