Walka o Meksyk

Autor: Karol May

pokazywać swojej twarzy. Wyczytałem ze śladów, że dzieli go od nas mniej więcej godzina drogi. Jego wierzchowiec pada ze zmęczenia. Jutro go dopadniemy.
Rozciągnął się na trawie i natychmiast zasnął.
O świcie ruszyli dalej. Wypoczęte konie pędziły przez równinę jak szalone. Nagle traper gwałtownie osadził swojego.
— Patrzcie — zawołał — jaka tu wygnieciona murawa! Musimy dokładnie przeszukać to miejsce.
Nisko pochylony, krok po kroku, zaczął uważnie badać teren.
— Do kroćset! — zawołał po chwili. Gdzie ta posiadłość, o której mówiłeś wczoraj?
— O, tam. Na prawo — vaquero wskazał ręką. — Można by do niej dotrzeć w ciągu dziesięciu minut.
— Ten, którego szukamy, przywiązał tu do tego drzewa bułanka, a sam poszedł pieszo, zapewne do folwarku. Wrócił zaś konno. Swego wierzchowca puścił wolno, a na tym nowym pojechał dalej. Oto jeden ślad kopyt biegnie na północ, drugi prowadzi na południe, a więc w kierunku, w którym jeździec zmierzał poprzednio. Jedźcie za nim wolno! Ja tymczasem zajrzę do siedziby seniora Marquesa.
Już po niecałym kwadransie


Strony: