W Hararze

Autor: Karol May

flinty o długich, perskich lufach, maczugi z drzewa hebanowego i łuki z zatrutymi strzałami; poza tym każdy miał długi, ostry nóż za pasem.
Wielbłądy były powiązane ze sobą — ogon pierwszego do uzdy drugiego i tak dalej. Jeden zamiast ładunku dźwigał na grzbiecie coś w rodzaju lektyki osłoniętej z czterech stron firankami, przez które swobodnie przepływało powietrze. W lektyce niesiono zapewne kobietę, której nikt niepowołany nie powinien był oglądać. Obok tego wielbłąda jechał na mocnym, białym mule człowiek wyglądający na dowódcę orszaku. Odziany w długi, biały płaszcz beduiński, na głowie miał turban tegoż koloru, broń zaś taką samą jak ludzie eskortujący karawanę, tylko rękojeść noża i łożysko flinty były ze srebra. Ostrym, przenikliwym wzrokiem lustrował okolicę. W pewnej chwili zatrzymał muła.
— Otmanie! — zawołał. — Czy widzisz ten wąwóz?
— Widzę go, emirze.
— Tam będziemy dziś nocować. Byłeś już ze mną nieraz w Hararze. Czy pamiętasz jeszcze drogę?
— Pamiętam, emirze.
— Doskonale. Od wąwozu niedaleko do El–Gel, a stamtąd tylko godzina


Strony: