Traper Sępi Dziób

Autor: Karol May

— rozkazał.
Taki był początek wyprawy po złote runo.
Przebyto połowę długości, gdy z pierwszego parowca wystrzeliły rakiety. Zrobiło się jasno jak w dzień. Meksykanie stwierdzili z przerażeniem, że załoga w ciemności czuwała na posterunkach.
— Ognia! — rozległ się czyjś głos.
Huknęły działa. Rzeka wzburzyła się. Wysokie strumienie wody strzeliły w górę. Rozległy się rozpaczliwe krzyki i przekleństwa Meksykanów, wielu zniknęło pod powierzchnią. Jednego z dwóch pływaków, kierujących tratwą Corteja, trafiła kula.
— Santa Madonna, pomóż! — zawołał do kolegi. — Ugodzono mnie w ramię! Nie mogę już dłużej!
W tej chwili błysnęła rakieta i w jej świetle drugi pływak ujrzał, jak jego zraniony towarzysz puścił tratwę i poszedł na dno.
— Trzymaj się mocno zdrową ręką — radził Cortejo.
— Za późno, senior! Biedny chłopak utonął.
— Ty przynajmniej trzymaj się mocno. Powiedz, co widzisz!
— Wystrzelono znowu rakiety.
— Do pioruna! I strzelano kartaczami? Czy trafiono kogoś?
— Tak, senior.
— A więc trzeba


Strony: