Rapier i Tomahawk

Autor: Karol May

poszczęści.
Chihuahua drzemała pogrążona w ciemnościach, ale brak światła nie był dla Gerarda przeszkodą. Pędził w zawrotnym tempie przez ulice. U wylotu miasta stał wartownik. Zanim otworzył usta, by wypowiedzieć stereotypową formułę, jeździec był już przy nim. Żołnierz wystrzelił na alarm. Po chwili rozległy się dookoła groźne wołania:
— Stać! Kto idzie?
Gerard nie odpowiadał. Padło kilka strzałów, jeden pocisk zranił konia. Mimo to pędził dalej, ale potykał się coraz częściej, W pewnym momencie Gerard zatrzymał go w pełnym galopie, zeskoczył i biegł ile sił w nogach pod ostrzałem kul. Zmierzał prosto do lasu, w którym ukrył swego konia. Oby tylko był na miejscu. Na szczęście zastał go tam, gdzie zostawił. Gdy go dosiadł, poczuł się bezpieczny. Przerzucił strzelbę przez ramię, wyciągnął rewolwery z kieszeni i ukrył za pasem.
— To była doskonała zabawa! — zawołał ze śmiechem. — Będą długo pamiętać Czarnego Gerarda! A teraz niech mnie złapią!
Zawrócił konia na północ i ruszył z początku kłusem, później galopem. Droga prowadziła przez prerię, między


Strony: