Rapier i Tomahawk

Autor: Karol May

przysłuchiwali się słowom Gerarda. Francuzi zgrzytali zębami z wściekłości. Wstydzili się za pułkownika, bo uważali, że jeniec naigrywa się z niego, a on jest potulny jak baranek. Po ostatnich słowach Gerarda dowódca wpadł w furię.
— Wyczerpała się moja cierpliwość! — krzyknął. — Rozmawiałem z panem grzecznie w obecności moich gości, ale mam tego dosyć! Jeszcze nauczę cię rozumu! Teraz otrzymasz pięćdziesiąt kijów, później zastanowię się, co dalej!
W oczach Gerarda błysnął gniew.
— Dowiodłem przed chwilą, że nie zniosę żadnego bicia, bo to obraża mój honor.
— Co mnie obchodzi pański honor? Wyprowadzić go!
— I mnie nic nie obchodzi pana honor! — zawołał Gerard. — Pokażę zaraz seniorowi, kto z nas oberwie więcej i czyj honor ucierpi!
Błyskawicznie uwolnił się z krępujących go więzów, zerwał pułkownikowi epolety i zdzielił go pięścią z taką siłą, że tamten runął jak kłoda. W oka mgnieniu oba rewolwery wsunął do kieszeni, nóż chwycił w zęby, a strzelbę w obie ręce.
— Oto, jak smakuje moje złoto!
Z tymi słowy rzucił się na


Strony: