Rapier i Tomahawk

Autor: Karol May

truchtem, potem zaś pełnym galopem.
W owym czasie zabierania koni nie uważano za kradzież. Biegały wolno po preriach i można je było łatwo złapać.
Były garroteur świetnie orientował się w terenie. Gnał na koniu do południa, potem wymienił go na innego, ze stada, które spotkał po drodze. I znów pędził galopem aż do następnego dnia. Późnym popołudniem zobaczył przed sobą Chihuahua. Nie mógł wjechać do miasta za dnia nie zauważony przez posterunki. A innej drogi nie było. Musiał więc czekać, aż się ściemni. Przywiązał konia w lesie do drzewa i odpoczywał. Gdy zapadła noc, zaczął się skradać do miasta, w którym doskonale znał każdy dom, każdą uliczkę.
Tylko takiemu człowiekowi jak Gerard mogło się udać przejście przez posterunki i usypane szańce. Wkrótce znalazł się w ogrodach. Przesadził ostrożnie jakiś płot, przykucnął i trzykrotnie zakrakał jak czarnogłowy sęp w chwili, gdy się budzi ze snu. Nie było odpowiedzi. Gdy powtórzył sygnał, otworzyła się furtka. Pojawiła się kobieta i stanąwszy w nieznacznej od niego odległości, zapytała:
— Kto tu?
— Meksyk —


Strony: