Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

mój nos. A że jestem myśliwym z prerii…
— To dlatego — mruknął nadleśniczy — taki łasy na zwierzynę.
— No właśnie. Nie mogłem wytrzymać, kiedy zobaczyłem kozła. Zdjąłem strzelbę i zastrzeliłem.
— Do diabła! A więc pan go zastrzelił? Nie weterynarz?
— Oczywiście, że ja.
— Niech to piorun trzaśnie! Ale wszak od lat dostarczał panu zwierzynę?
— Boże uchowaj!
— I to nieprawda? A więc nie jest kłusownikiem?
— Ani trochę, tak samo jak ja nie jestem kupcem z Frankfurtu.
— Do pioruna! A zatem wprowadził mnie pan w błąd?
— Ano wprowadziłem.
Stary poczerwieniał z wściekłości i huknął:
— Do stu furgonów, jakże się mógł ośmielić!
— Pffttf!
Kapitan ledwo zdążył się cofnąć przed plwociną. To go jeszcze bardziej rozzłościło.
— Uważać mnie za głupca, a następnie opluwać, mnie wielkoksiążęcego nadleśniczego i kapitana von Rodensteina! Ten pies musi dostać takie baty, żeby nie mógł utrzymać się na nogach! Jeśli przybył z Meksyku, aby ze mnie zakpić, to tak długo będę mu wybijał Meksyk


Strony: