Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

Od lorda Drydena, który…
— A więc z Meksyku? — przerwała mu Roseta.
— Tak, bezpośrednio. Sądząc z opisu, jest pani Rosetą Sternau, czyli Rosetą de Rodriganda, prawda?
— Zgadza się.
— W takim razie mam coś dla pani — wyciągnął z worka list. — Od sir Henry’ego Drydena. Byłem w Meksyku jego przewodnikiem i towarzyszem. Przeżyliśmy bardzo wiele i jestem gotów wszystko państwu opowiedzieć.
— Dziękuję, bardzo dziękuję! Czy mam odczytać list, drogi ojcze?
— Za chwilę. Najpierw musimy się zająć tym dzielnym tajemniczym człowiekiem.
— Rzeczywiście tajemniczym — skwapliwie dodał kapitan. — A w dodatku głupim! Człowieku, dlaczego udawał pan Landolę? Wypraszam sobie na przyszłość podobne figle. Mówże, kim jesteś naprawdę!
Sępi Dziób przesunął fajkę w zębach i wypluł grudkę ciemnobrunatnej śliny tak blisko twarzy kapitana, że ten cofnął się przerażony.
— Do miliona fur piorunów! — zaklął. — Co za bezczelność! Pluć mi koło nosa! Szczęście, żeś nie trafił we mnie. Za kogo mnie właściwie uważasz, hę?
Amerykanin


Strony: