Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

/> Nikt w kancelarii nie ruszył się z miejsca. Wszyscy siedzieli jak zahipnotyzowani. Pierwszy oprzytomniał kapitan.
— Ucieka! — krzyknął. — Prędko za nim! — i podbiegł do drzwi. — niech to piorun trzaśnie, przekręcił klucz w zamku! — Już był przy oknie i wyglądał na podwórze. — Do stu kartaczy! Dosiada konia! Minął bramę! Jeśli tak dalej pójdzie, to go nie schwytamy! Wyważyć drzwi!
Zaczęli napierać na nie z całych sił. Bez skutku. Wreszcie otworzyła je stara kucharka, która z pomieszczeń gospodarskich usłyszała wrzawę w kancelarii.
— Wyprowadzić konie! — rozkazał kapitan. — Musimy go dopaść! Ile było koni, tylu jeźdźców z kapitanem na czele wyjechało przez wrota. Wkrótce spotkali jakiegoś wieśniaka.
— Tomaszu! — zawołał kapitan. — Czy widziałeś jeźdźca?
— Widziałem.
— Z workiem na plecach?
— Tak.
— Dokąd jechał?
— Choć wyraźnie się spieszył, zatrzymał się przy mnie i zapytał o willę Rodrigandów.
— A więc zmierza do niej?
— Tak, panie kapitanie.
— Dogonimy go! Naprzód, młodzieńcy! Który z


Strony: