Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

tego bandytę! Ale, człowieku, jak się spotkałeś z weterynarzem?
— Sporządzał dla mnie trucizny. Weterynarz aż podskoczył.
— Wszystkie dobre duchy, to fałsz! Ani słowa prawdy!
— Spokojnie, trucicielu! — huknął kapitan. — Dziś jest dzień zemsty. Dziś ją sądzę! Dziś będą zdemaskowani ci, których nikt nie mógł zdemaskować. Enrique Landola, ilu ludzi otrułeś?
— Dwustu sześćdziesięciu dziewięciu. Nawet kapitana ogarnęła zgroza.
— Szatanie! — jęknął niemal. — Aż tylu? Dlaczego?
— Ten weterynarz tego chciał. Musiałem, inaczej by mnie zgładził.
— Jezusie drogi, Jezusie! — krzyczał lekarz. — To kłamstwo!
Sępi Dziób wzruszył ramionami.
— Oczywiście łże. Był najbardziej krwiożerczym z wszystkich moich piratów. Mogę tego dowieść.
— Człowieku, jesteś potworem! Zawsze zajmowałem się wyłącznie leczeniem zwierząt i…
— Nie cyganić! — przerwał mu nadleśniczy. — Dopiero od dwóch lat przebywa pan w tej miejscowości. A co pan przedtem robił, nie wiadomo.
— Byłem w Elberfeld…
— To się okaże. A teraz


Strony: