Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

twarzy Sępiego Dzioba. Weterynarz chciał dowieść swej niewinności, zanim jeszcze rozpoczęło się przesłuchanie.
— Panie kapitanie! — zawołał. — Spotkała mnie straszliwa niesprawiedliwość! Ja miałbym zastrzelić tego kozła? Przecież…
— Proszę o spokój — mruknął nadleśniczy. — Tu tylko ja mam prawo mówić. Kto z was ośmieli się rzec słówko nie pytany, tego zamknę w pace, zrozumiano?
Człeczyna zamilkł. Kapitan zwrócił się do Sępiego Dzioba.
— Znam tamtego. A kim ty jesteś, hę?
— Kupcem z Frankfurtu — oświadczył zapytany.
— Twoje nazwisko?
— Enrique Landola.
Von Rodenstein zerwał się z krzesła.
— Do pioruna! Jakiej narodowości?
—Hiszpan — odrzekł traper.
Kapitan przeszył go ostrym spojrzeniem.
— Łotrze, drabie, oszuście! Od jak dawna jesteś handlarzem?
— Od kilku lat dopiero.
— Czym byłeś poprzednio?
— Kapitanem.
— Korsarzem, nieprawdaż?
— Tak — przytaknął Sępi Dziób.
— Niech cię diabeł ujeżdża, ty wyrodku piekielny! Enrique Landola! Że też nareszcie mamy


Strony: