Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

pośrodku. Przedtem skinął przez okno na Ludwika, który stał przy drzwiach szopy. Leśniczy otworzył wrota i wypuścił obu pojmanych.
— Stój pan, doktorze! — zawołał. — A gdzie kozioł?
— I teraz mam go taszczyć?
— Oczywiście. Jest to corpus delicti, corpusami są również zające.
— Ale ja jestem niewinny!
— Powiedz to pan kapitanowi. Lepiej ode mnie zna się na kryminale.
Sępi Dziób dźwigał swój worek. Był wciąż jeszcze związany za ręce z weterynarzem. Kiedy prowadzono ich przez dziedziniec, Jankes ujrzał konia i kąciki ust mu zadrgały.
Ludwik zaprowadził kłusowników po schodach na piętro i otworzył drzwi.
— Oto oni, panie kapitanie! — zameldował. — Czy mam zdjąć kozła z doktora?
Von Rodenstein siedział z miną godną wielkiego hiszpańskiego inkwizytora.
— Nie. Niech ten szubrawiec sam go złoży.
— Przecież spętany.
— Uwolnij ich z więzów. Słyszałem, że przestępców nie krępuje się podczas przesłuchania. Musimy przestrzegać prawideł procedury karnej.
Ludwik rozwiązał im ręce. Uśmiech zadowolenia przemknął po


Strony: