Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

frankfurckiemu handlarzowi.
— I myśmy go dotąd nie nakryli? Jeszcze jeden dowód, że na moich ludziach nie mogę polegać! Oczy i uszy mają niby otwarte, ale nie widzą ani nie słyszą. Teraz zabiorę się do was! Kto, od dnia dzisiejszego poczynając, nie złapie jednego na tydzień kłusownika, ten od razu straci posadę! W ten sposób za jednym zamachem pozbędę się kłusowników i was, gapy zatracone! Wy żrecie mój chleb, a moją piękną zwierzynę zmiatają inni! Co mamy jeść, ja i jego wysokość, nasz wielki książę? Może mamy się żywić sosnowymi szyszkami lub żołędziami? Tak wysoko zawieszę kosz z chlebem, że chcąc się najeść, będziecie musieli wyciągać szyje jak żyrafy! Kimże jest ten szubrawiec?
— To weterynarz.
— Nasz wete… — słowo uwięzło mu w gardle.
— …rynarz! — dokończył Ludwik z naciskiem.
— Drabie, może zalałeś sobie pałę? Nasz weterynarz miałby być kłusownikiem? Niemożliwe! Wierutne kłamstwo!
— To prawda, panie kapitanie. Siedzi na dole w szopie.
— Niech się więc Bóg nad nim zlituje! Czy sprowadziłeś kozła?
— Tak. Sam go musiał


Strony: