Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

Londynu! Gdzie ich masz?
— Na dole, w szopie. Siedzą spętani pod strażą dwóch ludzi.
— Kto ich schwytał?
—Ja.
— Ty sam? Gdzie?
— Na trakcie mogunckim.
— Opowiadaj.
— Spadł śnieg, panie kapitanie. Od rana obchodziłem obwody. Szedłem właśnie wzdłuż traktu, gdy rozległ się wystrzał z obcej strzelby, co natychmiast zmiarkowałem. Szybko się zbliżyłem i zobaczyłem huncwota, który klęczał nad naszym najpiękniejszym kozłem, patrosząc go w najlepsze.
— Niech dziewięćdziesiąt dziewięć piorunów trafi tego łotra! Czy znasz go?
— Nie, to kupiec z Frankfurtu. Handluje zwierzyną.
— Odkąd to kupcy kłusują?
— Nie on kłusował, ale ktoś inny.
— Czy znasz tego gagatka?
— Nawet bardzo dobrze. Nie zauważyłem go od razu, ale wkrótce wylazł zza krzaków. Nie dowierzałem własnym oczom. Tej nocy złapał pięć zajęcy w sidła.
— Pięć w ciągu jednej nocy? Tak marnować zwierzynę! Każę go szarpać rozżarzonymi obcęgami, jak jestem von Rodenstein i nadleśniczy.
— Zasłużył na to. Już od lat dostarcza zwierzyny


Strony: