Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

Ranny uśmiechnął się drwiąco.
Kurt nabił i obejrzał się za celem. Wysoko na gałęzi rozłożystej sosny wisiała wielka szyszka. Wskazał na nią i powiedział:
— A więc trafię w tę szyszkę.
Mierzył długo, zanim wypalił. Rozległo się wieloznaczne chrząkanie. Nie trafił bowiem w szyszkę, lecz w odległą od niej o metr gałąź.
Bogu dzięki, marnie strzela! — ucieszył się w duchu pułkownik. Tak samo pomyśleli pozostali. Von Platen odciągnął Kurta na bok.
— Ależ, na miłość boską, drogi Ungerze — rzekł z troską w głosie — jeśli pan tak strzela, jest pan zgubiony! Pułkownik zapewnił słowem honoru von Ravenowa, że zabije pana bez litości!
— Niech spróbuje! Przekonałem się, że ten pistolet jest istotnie doskonałej roboty.
— Kpi pan sobie? Mimo znakomitego pistoletu spudłował pan.
— Wręcz przeciwnie, dokładniej nie można trafić. Wprawdzie wskazywałem szyszkę, celowałem jednak w ten właśnie punkt, w który trafiłem. Zgodzi się pan chyba ze mną, że kto oszukał przeciwnika, ten już w połowie wygrał…
— Ach, na Boga, jest pan groźnym


Strony: