Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

sumieniu — odezwał się Sępi Dziób.
— Łotrze! Otruję cię, gdy tylko odzyskam wolność!
— Psiakrew, coraz gorzej! — gorączkował się Ludwik. — A więc także truciciel! Dojdźmy tylko do Reinswalden. Pan nadleśniczy nie będzie mógł się nadziwić, jakich mu szubrawców sprowadziłem. No, w drogę!
Weterynarz błagał, groził, lamentował — na próżno. Kiedy zapierał się nogami w ziemię, silny Jankes bez trudu pociągnął go za sobą.
W tym czasie nadleśniczy siedział w swoim gabinecie. Niedawno wstał i pił kawę. Był w złym humorze. Dlaczego, sam nie wiedział. Przecież przed paroma dniami nadeszła radosna wiadomość: list od Sternaua znad Rio Sabinas.
Rozległy się w korytarzu szybkie kroki. W drzwiach stanął Ludwik w służbistej postawie.
— Z czym to przychodzisz? — zapytał nadleśniczy mrukliwie.
— Z kłusownikami! Stary podniósł głowę.
— Czy dobrze słyszę?
— Według rozkazu, panie kapitanie. Przyprowadziłem dwóch kłusowników.
— Święty Hubercie! Każę ich rozpiąć na matach i tak wyciągnąć, że gnaty będą sięgały od Berlina do


Strony: