Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

nie będę sam taszczył. To wasza rzecz.
— Mam już swój ciężar do dźwigania — Sępi Dziób wskazał na worek.
— A co w nim jest?
— Pięć zajęcy.
— Do pioruna! Skądże się wzięły?
— Lekarz zastawił wczoraj sidła, dziś przed świtem przybyliśmy je sprawdzić. Znaleźliśmy pięć kotów.
Weterynarz znieruchomiał. Nie mógł wydobyć słowa. Ludwik zaś zmarszczył brwi.
— Więc również zastawianie sideł. To pogarsza sprawę! Zające niech nosi sam, a doktor weźmie kozła.
— Ależ to kłamstwo, zwyczajne, wierutne kłamstwo! — zawołał mały człowieczek. — On sam schwytał zające!
— To się zobaczy.
— Wytoczę panu sprawę! Zażądam ukarania!
— To mnie nie wzrusza. Spełniłem swój obowiązek — powtórzył leśniczy.
— Ale moje dobre imię!…
— Nie nudź już pan — Ludwik zawiesił kozła na plecach weterynarza.
— Święty Ignacy! — lamentował biedak. — Teraz ja, najnieszczęśliwszy pod słońcem, muszę taszczyć takie ciężkie zwierzę!
— Ten kozioł jest znacznie lżejszy niż zbrodnie, które dźwigasz na


Strony: