Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

Straubenberger!
— Do diabła! Nie wiem, co o tym sądzić — Ludwik wzruszył ramionami.
— Sądź pan, co ci się podoba! — powiedział Jankes. — Pewne jest to, że sam nie dam się aresztować. Byłem tak głupi, że poszedłem ze swoim dostawcą na miejsce występku, ale nie będę aż tak głupi, aby samemu ponosić karę.
— Święta Panienko, czego on chce ode mnie?! — zawołał weterynarz. — Jeszcze w życiu nie trzymałem flinty w ręku!
— Ale przy policzku. Mogę tego dowieść, śledztwo wyjaśni wszystkie okoliczności.
Ludwik zwrócił się do niego urzędowym tonem:
— Czy mówi prawdę? Czy może przysiąc?
— Wielokroć.
— W takim razie nic na to nie poradzę, doktorze. Jestem zmuszony aresztować pana jako kłusownika.
Weterynarz cofnął się przerażony.
— Na miłość boską, żartuje pan chyba! Jestem niewinny!
— To się okaże. Proszę się uważać za mojego więźnia.
— Więźnia?! Niebiosa, uciekam!
Chciał zmykać, ale Ludwik go pochwycił.
— .Aha, więc to tak?! — krzyknął. — Chciał drapnąć? Tym samym przyznał się do


Strony: