Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

sadzając go ostrożnie na ziemi. — To za zbója. A teraz wiej stąd żywo, dokąd cię nogi poniosą! Jeśli schwytam cię za minutę, całą twoją wiedzę z ciebie wycisnę!
Weterynarz ciężko odetchnął. Chciał coś powiedzieć, oczy mu rozbłysły wściekłością, ale rozmyślił się, powoli odwrócił i w chwilę potem zniknął między drzewami.
— Mały kret, ale odważny! — mruczał nieznajomy. — W każdym razie zobaczymy się w Reinswalden. Ciekaw jestem, co też powie, jak się dowie, kim jestem. Hm, Sępi Dziób i zbój! Niech licho porwie tę przeklętą cywilizację, która każdego, kto nie nosi na gnatach fraka, od razu kwalifikuje jako zbója.
Ruszył dalej, lecz niebawem zatrzymał się nagle, przeskoczył przez rów i ukrył się za gęstym krzewem. Usłyszał bowiem szmer, który ucho jego, myśliwego z prerii, doskonale znało. Istotnie, po chwili wyszedł z lasu wspaniały rogacz.
— Kozioł! — szepnął. — Ale jaki okaz! Do pioruna, co za szczęście, że naładowałem moje stare żelazo!
Nie uświadamiając sobie, że to nie Dziki Zachód, zrzucił natychmiast z ramienia skórzany wór i wyjął


Strony: