Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

wygląda jak istny zbój.
— Pffttf. — pocisk ze śliny trafił w kapelusz weterynarza.
— Do licha! Co pan wyprawia?! — oburzył się poszkodowany.
— Phi, zbóje tak postępują.
— Ale ja sobie wypraszam!
— Spotkała pana kara za grubiaństwo.
— To pan jest grubianinem! Przychodzi taki nie wiadomo skąd i tak mnie opluwa, że nie będę mógł pokazać się w Reinswalden.
Ze złością zdjął kapelusz.
— Weź go pan — powiedział — i wytrzyj.
— Ja?! Co panu strzeliło do głowy.
— Niech pan natychmiast wytrze! Jeśli nie, porachuję się z panem — podniósł laskę.
— Co?!
— Uderzę pana w głowę.
— Bij pan! Pffttf.
Tym razem plwocina wylądowała na kurtce weterynarza.
— Tego już za wiele! Masz! Masz!
Zamierzył się, ale przeciwnik z błyskawiczną szybkością wyrwał mu laskę z ręki i cisnął wysoko ponad korony drzew. Potem chwycił małego człowieczka za biodra, podniósł i tak nim potrząsnął, że nieszczęsny zaniemówił ze strachu.
— Widzisz, karzełku, lepiej ze mną nie zaczynać — roześmiał się,


Strony: