Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

miała niewątpliwie daszek, teraz zaś rozlatywała się. Spod nie zapiętej kurtki widać było koszulę, szarą nie praną od wielu miesięcy. Długą, chudą szyję okalała stara chusta, spodnie zaś podtrzymywał pas sukienny, który zapewne od stuleci przechodził wszelkie możliwe koleje. Mężczyzna niósł na plecach pękaty worek płócienny, a z jego lewego ramienia zwisał długi, mocno sfatygowany wór skórzany o niewiadomym przeznaczeniu.
Najosobliwsza jednak była twarz tego człowieka: chuda, spalona słońcem i wygarbowana wichrami, o szerokich ustach, prawie pozbawionych warg. Oczka spoglądały czujnie i przenikliwie, a nos był wręcz niezwykły — raczej zasługiwał na nazwę dzioba niż szlachetnego organu powonienia.
Osobnik minął właśnie zakręt, gdy spostrzegł, że nie sam przemierza drogę — w niewielkiej odległości przed nim szedł jakiś mały, mizerny człowieczek.
— Well, ludzka kreatura — mruknął do siebie po angielsku.
— Jestem rad z tego, gdyż kalkuluję, że będzie mógł wskazać mi kierunek. Muszę go dogonić.
Świeży śnieg głuszył kroki. Człowieczek w ogóle ich nie słyszał,


Strony: