Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

von Platena, nie padnie żaden cień. Ale chcę szczególnie wynagrodzić pana, więc proszę, abyś jutro o dziewiątej rano stawił się u mnie. Pojedziemy do króla. Niech usłyszy od pana, jak udało się panu oddać nam tę wielką przysługę. Teraz muszę wrócić do gości. Zatem oczekuję pana jutro.
Powtórnie uścisnął dłoń młodego człowieka i zniknął za drzwiami jadalni. Kun zszedł po schodach pijany ze szczęścia.
Ludwika posłał z dworca do domu. Kiedy więc dotarł do willi, zastał wszystkich jej mieszkańców nad otwartą szkatułką. Posypały się pochwały i gratulacje.
— O, przeżyłem coś znacznie bardziej zaszczytnego! Wracam właśnie od von Bismarcka i…
— Co takiego?!
— Kanclerz powiedział do mnie: „Panie poruczniku, cenię pana. To słowo w moich ustach znaczy tyle co order”. I zaprosił mnie jutro na dziewiątą rano, aby pojechać ze mną do króla.
Zarzucono go gradem pytań. Kurt przybrał komicznie poważną minę.
— Chodzi o nader ważne tajemnice państwowe, których na razie nie wolno mi zdradzać.
— Spójrzcie na tego dyplomatę! — roześmiał się don Manuel.


Strony: