Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

specjałów i pozostaw w spokoju różyczki. Miarkuj to sobie!
Najbliższym pociągiem Kurt wrócił do Berlina. Towarzyszył mu Ludwik. Przybyli wieczorem. Mimo późnej pory Kurt natychmiast z dworca pospieszył do rezydencji von Bismarcka.
Okna były jeszcze oświetlone. Minister przyjmował gości. Odźwierny chciał Kurta zatrzymać, ale porucznik wyminął go szybko i wszedł na schody. Lokaje to biegali w górę, to zbiegali na dół. W przedpokoju zatrzymał Kurta kamerdyner.
— Życzy pan sobie…? — zapytał.
— Pomówić z jego ekscelencją.
— To niemożliwe. Ekscelencja zasiadł do obiadu i ma czas tylko dla gości.
— Ekscelencja przyjmie mnie od razu, gdy wymieni pan moje nazwisko.
Służący obejrzał Kurta ironicznie i wydał jakiś nieartykułowany dźwięk. Kurt wyjął pugilares.
— Oto moja wizytówka. Zamelduj mnie pan natychmiast.
— Żałuję, że nie mogę usłuchać, ale…
— Rozkazuję panu, abyś mnie zameldował!
Kamerdyner nie śmiał dłużej się sprzeciwiać. Zniknął w jadalni, a po chwili wrócił.
— Proszę iść za mną — powiedział tonem


Strony: