Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

muru. Tu nadstawili ucha, chcąc się zorientować, czy droga wolna. I wtedy usłyszeli zbliżające się kroki, a potem ktoś usiłował po cichu otworzyć furtkę. Klucz zgrzytnął w zamku. Byli tak blisko, że mimo ciemności dojrzeli zarysy dwóch postaci.
— Chyba nikogo nie ma w ogrodzie? — rozległ się głos, który wydał się Kurtowi znajomy.
— Ani żywej duszy.
— Nikt nas nie podsłucha?
— Co znowu! Spodziewają się, że wrócę z Kolonii dopiero o północy. Nikt nie będzie mnie szukał w pawilonie. Chodźmy! A więc to bankier — pomyślał Kurt. Ale kim jest ten drugi?
— Wracaj do gospody, ja jeszcze tu chwilę zostanę — szepnął do ślusarza i cicho jak duch podkradł się do pawilonu.
Okiennice były tak szczelne, że nie przepuszczały najsłabszego nawet blasku światła i prawie żadnego dźwięku. Kurt przypuszczał, że obaj mężczyźni poszli do gabinetu. Przyłożył więc ucho do okiennicy, ale usłyszał jedynie pomruk rozmowy; ani jedno słowo do niego nie dotarło. Mniej więcej po godzinie rozległ się szmer przesuwanych — jak mniemał — krzeseł.
— Chyba wychodzą —


Strony: