Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

solidnie zbudowany i zaopatrzony w grube okiennice. Drzwi miał dębowe, a sztabę przeszło na cal grubą. Ślusarz dokładnie przyglądał się jej zamkowi, coś w nim majstrował i wreszcie oznajmił:
— Pójdzie prędko. Zdaje się, że mam odpowiedni klucz.
Z torby skórzanej, którą nosił na ramieniu, wyjął jakiś wytrych. Rozległ się cichy dźwięk, potem szczęk przekręcanego klucza w zamku.
— No, sztaba ustąpiła — ucieszył się ślusarz. — Teraz drzwi.
Z nimi uporał się szybko; może trwało to dwie minuty, a może i mniej. Weszli do środka, starannie zamknąwszy drzwi za sobą. Von Platen wyciągnął świecę i zapalił. Znaleźli się w małym pomieszczeniu wypełnionym ogrodowymi meblami. Z otwarciem drzwi do drugiego pokoju — jadalni — ślusarz nie miał żadnych kłopotów. I z trzecimi poradził sobie znakomicie; prowadziły do gabinetu. Stało tam biurko, stół, lampa, kilka krzeseł, kanapa, piec, umywalnia i lustro.
— Tam jest skrytka — von Platen wskazał na zegar szwarcwaldzki.
Razem z Kurtem zdjął go ze ściany. Ukazały się małe żelazne drzwiczki.
— O, do diabła! Aż dwa


Strony: