Maskarada w Moguncji

Autor: Karol May

Naturalnie! Niech diabeł milczy, kiedy słowo spod serca się wydziera. Kazałbym Ludwika zbić na kwaśne jabłko, gdyby mi nic o tych radosnych nowinach nie powiedział! No, wejdźże! Dziś będziesz uroczyście przyjmowany na zamku w Reinswalden.
— Przepraszam, panie kapitanie, ale moja matka…
— Przyjdzie tutaj, należy wszak do kompanii. Będę miał zaszczyt gościć u siebie swego chrześniaka, pana porucznika huzarów gwardii, Kurta Ungera! Dziś jest dzień radosny. Uczcijmy go zatem!
I rzeczywiście godnie uczczono ten dzień na zamku Reinswalden.
Nazajutrz po obiedzie przyjechał konno von Platen. Kurt zaprowadził go do kapitana, który przyjął przyjaciela swego pupila z właściwą sobie rubaszną uprzejmością. Zasiedli do pełnych kufli. Dopiero kiedy nadleśniczego odwołano w jakiejś sprawie, obaj oficerowie mogli pogadać.
— Łatwiej nam pójdzie, niż przypuszczałem — rzekł von Platen. — Dziś rano wujek wyjechał w interesach do Kolonii; wróci dopiero po północy. A więc mamy do dyspozycji cały wieczór.
— Jedźmy zaraz!
— Nikomu nie wyda się podejrzane, że odwiedza mnie


Strony: