La Pendola

Autor: Karol May

Don Manuel również wyglądał znakomicie.
Tymczasem w największej sali zamku kończono przygotowania do weselnej uroczystości. W jednym z kątów postawiono ołtarz, gęsto otoczony małymi jodłami, pośrodku zaś olbrzymią sosnę, którą nadleśniczy sam przywiózł z lasu. Ta choinka miała być niespodzianką dla gości. Kapitan zamknął więc salę na klucz i wraz z Ludwikiem przystrajał drzewko. Nie wiadomo dlaczego, ale od rana był w okropnym humorze, zgoła nie licującym ze świątecznym nastrojem. Ludwik złocił właśnie orzechy, kiedy huknął na niego:
— Ty ośle kwadratowy, przecież masz pozłacać orzechy, a nie swoje łapy niedźwiedzie!
— To nie moja wina, że mi trochę farby zostaje na rękach.
— Tylko trochę? — złościł się nadleśniczy. — Tym, co masz na łapach, można by ozłocić wszystkie orzechy świata.
— Co też pan kapitan mówi!
— Milczeć! Jak śmiesz mi się sprzeciwiać?
— Nie sprzeciwiam się, tylko nie chcę ewentualnie, by mi pan kapitan krzywdę wyrządził. A zresztą niech pan kapitan spojrzy na swoje palce: calutkie w złocie.
Przekonawszy się, że


Strony: