Klasztor Della Barbara

Autor: Karol May

pół godziny Kurt został właścicielem trzech koni. Wydawało się, że mają wszystkie zalety, o których mówił naczelnik.
— Chwała Bogu! — ucieszył się Sępi Dziób. — Nareszcie będę mógł dosiąść konia! Ależ mi się ckni za nim! Już nieraz kalkulowałem, jak by pogalopować na własnym nosie.
Godzinę przed odejściem pociągu w restauracji dworcowej zjawili się kapitan Wagner z Petersem.
— Chłopcze, czy umiesz jeździć konno? — zwrócił się Sępi Dziób do marynarza. — Kupiliśmy konie. Z Lomalto do Meksyku pojedziemy konno. Czy wiesz, co to jest siodło?
— Sądzi pan, że marynarze nie znają się na koniach? Jako młody chłopak dosiadałem najdzikszych ogierów.
— Twoje szczęście. Nie mielibyśmy czasu na podnoszenie cię co pięć minut.
Usiedli przy stoliku. Wagner opowiedział pokrótce o swym spotkaniu z don Fernandem i o podróży na wyspę, Kurt z kolei zrelacjonował, co zaszło od chwili lądowania w Guaymas. Wagner słuchał z wielką uwagą.
— A więc znowu zaginęli?! — zawołał zrozpaczony.
— Niestety tak. Mam jednak nadzieję, że uda mi się natrafić na ich


Strony: