Klasztor Della Barbara

Autor: Karol May

właśnie. Kiedy opuścili gospodę?
— Wieczorem.
— A ta grudka jest świeża, najwyżej sprzed godziny. A więc byli tutaj.
— Do stu tysięcy diabłów! Znów ma pan rację! Ale teraz już mi nie uciekną. Na pewno pojechali do Santa Jaga. Tam ich schwytamy!
— Przedtem jednak pan nie może dać się złapać policji. Dlatego też proszę posłuchać mojej rady i natychmiast wynieść się z gospody.
— Dobrze. Ale dokąd?
— Oczywiście zabiorę pana ze sobą. Stróżowi dałem napiwek, tak że uważa mnie za wielkiego, godnego szacunku seniora. Niech mu pan tylko zapłaci za nocleg i jadło, a spokojnie opuścimy gospodę.
Tak się też stało. Kiedy przechodzili obok domu handlarza końmi, zatrzymali się. Przed bramą stał ten sam człowiek, który żegnał Corteja i Landolę. Domyślając się, że to właściciel, traper zapytał:
— Ma pan dużo koni, senior?
— Tylko cztery.
— Może pan sprzedać jednego?
— Jednego tak. Pozostałe są mi potrzebne. Dzisiaj już sprzedałem dorodną parę dwóm nieznajomym z Queretaro. Mówili, że jadą do La Puebli.
— Jak oni


Strony: