Klasztor Della Barbara

Autor: Karol May

starą kurtkę, wełnianą chustkę, zniszczony pasek skórzany i kapelusz, który wygląda jak łeb wielkiego czarnego kocura.
— Do kroćset! To nie moje rzeczy. Należą do tego, co na mnie napadł. Nosił ciemny kapelusz z szerokim rondem.
— A więc to jego ubranie, a on włożył pański mundur. Ale jak do tego doszło?
— Wracając z tertulii, spotkałem człowieka, który zapytał, czy nie jestem kapitanem… Nie pamiętam nazwiska, jakie wymienił. Odpowiedziałem, że nie. A on na to: „I ja nie!” i uderzył mnie tak mocno w głowę, że upadłem straciwszy przytomność.
— Do licha! Tak biją tylko myśliwi. Jego łachmany zresztą mają zapaszek prerii; są twarde i grube, pełne brudu i przepocone. Czyżby ten człowiek był strzelcem z sawanny?
— Nie wiem. Uwolnij mnie z więzów, monsieur, błagam! Sępiemu Dziobowi coś zaświtało w głowie.
— Gdzie na pana napadnięto? — spytał. — Może w pobliżu muru więziennego?
— Tak, niedaleko.
— Otóż to! Na cmentarzu nie schwytaliśmy przecież wartownika. A kto najbardziej nadaje się na wartownika? Człowiek z prerii.
— Nie rozumiem


Strony: