Klasztor Della Barbara

Autor: Karol May

go.
— Do kroćset! Co za odwaga! A co z oficerem?
— Zapewne leży jeszcze tam, gdzie go zostawiłem. Zakneblowałem mu usta, żeby nie mógł krzyczeć i nie wezwał pomocy. Zaraz go odszukam i oddam mu mundur. Chodźcie tam ze mną!
Tymczasem Kurt i marynarz Peters rozstali się z alkaldem i wrócili do oberży. Sępi Dziób nie mógł usiedzieć na miejscu, nie mówiąc już o spaniu. Na prerii, w lesie, gdy nieraz mu przyszło samemu pilnować jeńców, doskonale wiedział, że nie uciekną. Ale tu… Intuicja mu mówiła, że dozór w więzieniu jest niedostateczny. Bo jakżeby inaczej, gdy miał przykłady, że ówczesne władze w Meksyku poczynały sobie nieraz bardzo nieroztropnie i lekkomyślnie. Wziął rewolwer, nóż i wykradł się z oberży.
— Kalkuluję — mruknął do siebie — że pomyszkować nie zawadzi. Szedł wąską uliczką, otoczoną grubymi murami. Były ciemne, niewysokie. Po jednej stronie tworzyły wąski kąt, jeszcze ciemniejszy niż pogrążona w mroku uliczka. Sępi Dziób skradał się bezszelestnym krokiem doświadczonego trapera. W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy w owym kącie jakieś szmery.

Strony: