Klasztor Della Barbara

Autor: Karol May

bagnet, zagrodził wyjście na schody.
Ta szamotanina spowodowała, że zbirom wróciło poczucie rzeczywistości. Oprzytomnieli i zaczęli podnosić się z posadzki. Cortejo zawołał:
— Do pioruna, to przecież człowiek!
Strach przemienił się we wściekłość. Sądząc, że w podziemiu oprócz Sępiego Dzioba nie ma nikogo, odzyskali na moment pewność siebie.
— Łotrze! Co tu robisz? — krzyknął Landola. — Odpowiadaj, inaczej…!
— Phi! Pierwszemu, kto się odważy mnie dotknąć, wpakuję w łeb latarkę, by mu się zdawało, że świeci w nim tysiące słońc i księżyców. No, dosyć żartów! Jesteście moimi jeńcami.
Minę miał tak groźną, że nawet Landola cofnął się o krok i z przestrachem zaczął wypatrywać broni.
— Oszalałeś! My mamy być twoimi jeńcami?!
— Wątpicie w to? Rozejrzyjcie się dokoła.
Wskazał na tylną ścianę grobowca. Stali przy niej ci, którzy dotychczas ukrywali się za trumnami. Wszyscy jednocześnie zapalili latarki. Zrobiło się zupełnie jasno.
— Do stu tysięcy diabłów! Mnie nie chwycicie! — ryknął kapitan piratów.
— Ani


Strony: