Winnetou - Tom I
O KAROLU MAYU i JEGO "WINNETOU"
Ta przygoda zaczęła się pospolicie i dawno temu – w dzieciństwie, w czasie choroby. Jeśli
odczytacie w niej podobieństwo do własnych przeżyć, nie zdziwię się.
Było to w roku. 1913. Miałem wówczas jedenaście lat – wątły, chorowity chłopiec, wychuchany,
jak niejeden z was dzisiaj, przez babkę i rodziców. Nieśmiały, niezaradny, nie wiedziałem
w ogóle, co to sport. Koledzy w szkole nazywali mnie "korniszonem". Pewnego razu,
gdy, znowu chory, nie mogłem opuścić łóżka, dostałem do rąk pokaźną księgę, której długo
nie chciało mi się czytać (była zbyt gruba); nic mi nie mówił jej tytuł, nic nie mówiło nazwisko
autora wypisane na okładce. Aż kiedyś, z nudów, skusiło mnie...
Książka była starannie wydana, z ilustracjami i nosiła nagłówek: "Winnetou, czerwonoskóry
dżentelmen". Autor: Karol May.
I wówczas...
W niewiele chwil znalazłem się w innym świecie. Fantastycznym, a przecież realnym, zaczarowanym,
a jakby rzeczywistym. Czerwonoskórzy Indianie i blade twarze, prerie, bawoły i
mustangi,
Ta przygoda zaczęła się pospolicie i dawno temu – w dzieciństwie, w czasie choroby. Jeśli
odczytacie w niej podobieństwo do własnych przeżyć, nie zdziwię się.
Było to w roku. 1913. Miałem wówczas jedenaście lat – wątły, chorowity chłopiec, wychuchany,
jak niejeden z was dzisiaj, przez babkę i rodziców. Nieśmiały, niezaradny, nie wiedziałem
w ogóle, co to sport. Koledzy w szkole nazywali mnie "korniszonem". Pewnego razu,
gdy, znowu chory, nie mogłem opuścić łóżka, dostałem do rąk pokaźną księgę, której długo
nie chciało mi się czytać (była zbyt gruba); nic mi nie mówił jej tytuł, nic nie mówiło nazwisko
autora wypisane na okładce. Aż kiedyś, z nudów, skusiło mnie...
Książka była starannie wydana, z ilustracjami i nosiła nagłówek: "Winnetou, czerwonoskóry
dżentelmen". Autor: Karol May.
I wówczas...
W niewiele chwil znalazłem się w innym świecie. Fantastycznym, a przecież realnym, zaczarowanym,
a jakby rzeczywistym. Czerwonoskórzy Indianie i blade twarze, prerie, bawoły i
mustangi,
Jego królewska mość
W potrzasku
Doktor Hilario niespokojnie przemierzał pokój tam i z powrotem.
— Być może, palnąłem dziś największe w życiu głupstwo — mruczał do siebie. — Zdradziłem tajemnicę. Czy wyjdzie mi to na korzyść?
Wtem cicho zapukano do okna. Otworzył je i wyjrzał. Na dworze stał jakiś mężczyzna.
— Kto tam? — zapytał ostro.
— To ja, stryju.
— Manfredo? Już idę.
Otworzył boczną furtkę i wpuścił bratanka.
— Nie oczekiwałem ciebie — powiedział. — Czy masz coś ważnego?
— Tak, nawet bardzo.
— Chodź ze mną do pokoju!
Przez pewien czas przypatrywał się młodemu mężczyźnie.
— Skąd przybywasz? — spytał wreszcie.
— Z hacjendy del Erina.
— Dlaczego stamtąd? Przecież wysłałem cię do stolicy, abyś odszukał kogoś z werbujących dla Corteja.
— Byłem tam, stryju. Udało mi się spotkać jednego z jego ludzi. Powiedział, że Cortejo przebywa w hacjendzie del Erina. Zaciągnąłem się wraz z innymi i wyprawiono mnie tam.
— Po co zatem tu przyjechałeś?
— Proszę, abyś wyświadczył
Doktor Hilario niespokojnie przemierzał pokój tam i z powrotem.
— Być może, palnąłem dziś największe w życiu głupstwo — mruczał do siebie. — Zdradziłem tajemnicę. Czy wyjdzie mi to na korzyść?
Wtem cicho zapukano do okna. Otworzył je i wyjrzał. Na dworze stał jakiś mężczyzna.
— Kto tam? — zapytał ostro.
— To ja, stryju.
— Manfredo? Już idę.
Otworzył boczną furtkę i wpuścił bratanka.
— Nie oczekiwałem ciebie — powiedział. — Czy masz coś ważnego?
— Tak, nawet bardzo.
— Chodź ze mną do pokoju!
Przez pewien czas przypatrywał się młodemu mężczyźnie.
— Skąd przybywasz? — spytał wreszcie.
— Z hacjendy del Erina.
— Dlaczego stamtąd? Przecież wysłałem cię do stolicy, abyś odszukał kogoś z werbujących dla Corteja.
— Byłem tam, stryju. Udało mi się spotkać jednego z jego ludzi. Powiedział, że Cortejo przebywa w hacjendzie del Erina. Zaciągnąłem się wraz z innymi i wyprawiono mnie tam.
— Po co zatem tu przyjechałeś?
— Proszę, abyś wyświadczył
La Pendola
Stary Rodenstein
Niedaleko Moguncji, obok wsi Kreuzenach, stała leśniczówka. Był to budynek obszerny, wysoki, zbudowany na kształt zamku. Dawniej mieszkało tu wiele osób, ale w roku 1848 jedynie stary nadleśniczy Rodenstein, nazywany powszechnie ze względu na rangę, otrzymaną kiedyś w wojsku, kapitanem. Tak mu dokuczyła samotność, że zwrócił się do jednej ze swych dalekich krewnych z prośbą, by wraz z córką przeniosła się do niego. Krewną tą była pani Sternau, matka doktora. Wdowa chętnie przyjęła tę propozycję.
Obok zamku mieszkała rodzina Ungera. Składała się z ojca, który rzadko bywał w domu, matki i ośmioletniego chłopca. Kurt, tak bowiem miał na imię mały urwis, był beniaminkiem otoczenia.
Tego dnia wczesnym rankiem kapitan siedział w swej kancelarii pochylony nad jakimiś wykazami. Nie lubił tej pracy, toteż gniewnie marszczył brwi, gotów złajać każdego, kto do niego zagada. W pewnej chwili zapukano do drzwi.
— Wejść! — powiedział ostrym tonem.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Ludwik, pomocnik nadleśniczego, jego prawa ręka i totumfacki. Służył niegdyś w
Niedaleko Moguncji, obok wsi Kreuzenach, stała leśniczówka. Był to budynek obszerny, wysoki, zbudowany na kształt zamku. Dawniej mieszkało tu wiele osób, ale w roku 1848 jedynie stary nadleśniczy Rodenstein, nazywany powszechnie ze względu na rangę, otrzymaną kiedyś w wojsku, kapitanem. Tak mu dokuczyła samotność, że zwrócił się do jednej ze swych dalekich krewnych z prośbą, by wraz z córką przeniosła się do niego. Krewną tą była pani Sternau, matka doktora. Wdowa chętnie przyjęła tę propozycję.
Obok zamku mieszkała rodzina Ungera. Składała się z ojca, który rzadko bywał w domu, matki i ośmioletniego chłopca. Kurt, tak bowiem miał na imię mały urwis, był beniaminkiem otoczenia.
Tego dnia wczesnym rankiem kapitan siedział w swej kancelarii pochylony nad jakimiś wykazami. Nie lubił tej pracy, toteż gniewnie marszczył brwi, gotów złajać każdego, kto do niego zagada. W pewnej chwili zapukano do drzwi.
— Wejść! — powiedział ostrym tonem.
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Ludwik, pomocnik nadleśniczego, jego prawa ręka i totumfacki. Służył niegdyś w
W Hararze
Życie podobne jest do morza o niezmierzonej ilości wzburzonych fal. Na brzegu stoi obserwator i wysyła tysiące pytań pod adresem losu, ale ten odpowiada nie słowem, lecz faktami. Wydarzenia rozgrywają się jakby samoistnie, śmiertelni muszą z uległością cierpliwie czekać na to, co im przyniesie czas.
Często człowiekowi wydaje się, że to, czego doświadczył, będzie brzemienne w skutki, a tymczasem mijają dni i lata i nic się nie dzieje. Można odnieść wrażenie, iż przeszłość nie ma związku z teraźniejszością. Człowiek w swej słabości zaczyna wątpić w sprawiedliwość Opatrzności. Sprawiedliwość jednak chadza niezbadanymi ścieżkami i w chwilach, kiedy się tego najmniej spodziewamy, nadaje bieg zdarzeniom. Wtedy człowiek poznaje ku swemu zdziwieniu, że los związał nitki życia w węzeł i teraz każe mu go rozwiązać.
Tak było w Reinswalden. Mijały dni, miesiące, lata. O drogich osobach, które wyruszyły w daleki świat, wszelki słuch zaginął. Czyżby już miały nigdy nie wrócić? Ta myśl napełniała mieszkańców leśniczówki głębokim smutkiem. Gdy okazało się, że dalsze poszukiwania są daremne, ból
Często człowiekowi wydaje się, że to, czego doświadczył, będzie brzemienne w skutki, a tymczasem mijają dni i lata i nic się nie dzieje. Można odnieść wrażenie, iż przeszłość nie ma związku z teraźniejszością. Człowiek w swej słabości zaczyna wątpić w sprawiedliwość Opatrzności. Sprawiedliwość jednak chadza niezbadanymi ścieżkami i w chwilach, kiedy się tego najmniej spodziewamy, nadaje bieg zdarzeniom. Wtedy człowiek poznaje ku swemu zdziwieniu, że los związał nitki życia w węzeł i teraz każe mu go rozwiązać.
Tak było w Reinswalden. Mijały dni, miesiące, lata. O drogich osobach, które wyruszyły w daleki świat, wszelki słuch zaginął. Czyżby już miały nigdy nie wrócić? Ta myśl napełniała mieszkańców leśniczówki głębokim smutkiem. Gdy okazało się, że dalsze poszukiwania są daremne, ból
Walka o Meksyk
Poszukiwania
Działania wojenne przeniosły się na południe, życie na hacjendzie del Erina wróciło więc do normy. Pedro Arbellez siedział przy oknie i obserwował bydło pasące się na pobliskim pastwisku.
Stary hacjendero wyzdrowiał już, odzyskał spokój i równowagę, ale na jego twarzy gościł smutek. Ciężko przeżywał ból i przygnębienie córki spowodowane utratą męża.
W pewnej chwili ujrzał jeźdźców zbliżających się od północy. Na przedzie jechało dwóch mężczyzn i kobieta, z tyłu jakiś człowiek poganiał konie dźwigające bagaże.
— Kto to może być? — zapytał Arbellez Marię Hermoyes, krzątającą się po pokoju.
— Zaraz się dowiemy. Zmierzają w naszym kierunku i wkrótce tu będą.
Jeźdźcy wjechali przez bramę na podwórze. Jakież było zdziwienie Arbelleza na widok Pirnera i jaka radość Emmy, gdy ujrzała Rezedillę i Czarnego Gerarda, którego darzyła sympatią.
Przywitawszy się serdecznie, zasiedli przy stole i wzajemnie zaczęli opowiadać o wszystkim, co się wydarzyło po wyjeździe Emmy z Guadalupe. Goście spodziewali się zastać tutaj Sternaua i jego
Działania wojenne przeniosły się na południe, życie na hacjendzie del Erina wróciło więc do normy. Pedro Arbellez siedział przy oknie i obserwował bydło pasące się na pobliskim pastwisku.
Stary hacjendero wyzdrowiał już, odzyskał spokój i równowagę, ale na jego twarzy gościł smutek. Ciężko przeżywał ból i przygnębienie córki spowodowane utratą męża.
W pewnej chwili ujrzał jeźdźców zbliżających się od północy. Na przedzie jechało dwóch mężczyzn i kobieta, z tyłu jakiś człowiek poganiał konie dźwigające bagaże.
— Kto to może być? — zapytał Arbellez Marię Hermoyes, krzątającą się po pokoju.
— Zaraz się dowiemy. Zmierzają w naszym kierunku i wkrótce tu będą.
Jeźdźcy wjechali przez bramę na podwórze. Jakież było zdziwienie Arbelleza na widok Pirnera i jaka radość Emmy, gdy ujrzała Rezedillę i Czarnego Gerarda, którego darzyła sympatią.
Przywitawszy się serdecznie, zasiedli przy stole i wzajemnie zaczęli opowiadać o wszystkim, co się wydarzyło po wyjeździe Emmy z Guadalupe. Goście spodziewali się zastać tutaj Sternaua i jego
Maskarada w Moguncji
Oko w oko
Bal trwał w najlepsze. Jednakże opuścili go pułkownik von Winslow, von Ravenow, sekundanci oraz Kurt wraz z hrabią i paniami.
Kurt, choć miał zamiar przespać się przed pojedynkiem, nie mógł zasnąć. Siedział w swoim pokoju i czytał znakomite dzieło generała von Clausewitza.
Nastał poranek; brzask zmącił światło lampy. Zapukano cicho do drzwi. Weszła Różyczka, już ubrana do wyjazdu.
— Dzień dobry, Kurcie! — powitała go, wyciągając rękę. — Czy spałeś?
— Nie.
— Pisałeś testament? — w głosie jej słychać było żartobliwe nutki.
— Moja droga Różyczko — powiedział poważnym tonem — wynik pojedynku nawet dla najlepszego szermierza i strzelca jest zawsze niepewny. A jeśli się wychodzi zwycięsko, to przygnębia myśl, że się zabiło lub zraniło człowieka.
— Masz rację, ale wcale nie jestem zaniepokojona. A co się tyczy twoich przeciwników, to nie miej wyrzutów sumienia. Słyszałeś, że pragną twojej śmierci.
— Ale ja ich nie zabiję.
— Proszę cię jednak, abyś nie narażał się lekkomyślnie na niebezpieczeństwo.
Bal trwał w najlepsze. Jednakże opuścili go pułkownik von Winslow, von Ravenow, sekundanci oraz Kurt wraz z hrabią i paniami.
Kurt, choć miał zamiar przespać się przed pojedynkiem, nie mógł zasnąć. Siedział w swoim pokoju i czytał znakomite dzieło generała von Clausewitza.
Nastał poranek; brzask zmącił światło lampy. Zapukano cicho do drzwi. Weszła Różyczka, już ubrana do wyjazdu.
— Dzień dobry, Kurcie! — powitała go, wyciągając rękę. — Czy spałeś?
— Nie.
— Pisałeś testament? — w głosie jej słychać było żartobliwe nutki.
— Moja droga Różyczko — powiedział poważnym tonem — wynik pojedynku nawet dla najlepszego szermierza i strzelca jest zawsze niepewny. A jeśli się wychodzi zwycięsko, to przygnębia myśl, że się zabiło lub zraniło człowieka.
— Masz rację, ale wcale nie jestem zaniepokojona. A co się tyczy twoich przeciwników, to nie miej wyrzutów sumienia. Słyszałeś, że pragną twojej śmierci.
— Ale ja ich nie zabiję.
— Proszę cię jednak, abyś nie narażał się lekkomyślnie na niebezpieczeństwo.
Klasztor Della Barbara
Jak koszmarny sen
Kurt Unger, Sępi Dziób, kapitan Wagner i marynarz Peters przybyli na dworzec w Veracruz. Na peronie zauważyli francuskiego żołnierza; na ramieniu miał przepaskę z napisem „zwrotniczy kolejowy”. Kurt podszedł do niego i zapytał po francusku:
— Długo tu pracujecie, kolego?
Żołnierz wyczuł widać, że ma do czynienia z oficerem, bo odparł uprzejmie:
— Od pewnego czasu, monsieur. Jestem ranny. Czekam na okręt, który zabierze mnie do ojczyzny. Ale że chodzić mogę, zarabiam tu na drobne wydatki.
Kurt wyjął z kieszeni pięciofrankówkę.
— Będziecie za to mogli kupić sporo tytoniu. O której zaczęliście dziś służbę?
Żołnierz zasalutował.
— Dziękuję, monsiuer. Odprawiłem już trzy pociągi.
— Kiedy odszedł ostatni?
— Przed jakąś godziną, do Lomalto. To końcowa stacja.
— Czy widzieliście w pociągu osoby cywilne? Żołnierz chytrze zmrużył oczy.
— Właściwie nie.
— A niewłaściwie?
— Tego nie wolno mi zdradzić. Jestem tylko podrzędnym pracownikiem i wykonuję polecenia przełożonych.
—
Kurt Unger, Sępi Dziób, kapitan Wagner i marynarz Peters przybyli na dworzec w Veracruz. Na peronie zauważyli francuskiego żołnierza; na ramieniu miał przepaskę z napisem „zwrotniczy kolejowy”. Kurt podszedł do niego i zapytał po francusku:
— Długo tu pracujecie, kolego?
Żołnierz wyczuł widać, że ma do czynienia z oficerem, bo odparł uprzejmie:
— Od pewnego czasu, monsieur. Jestem ranny. Czekam na okręt, który zabierze mnie do ojczyzny. Ale że chodzić mogę, zarabiam tu na drobne wydatki.
Kurt wyjął z kieszeni pięciofrankówkę.
— Będziecie za to mogli kupić sporo tytoniu. O której zaczęliście dziś służbę?
Żołnierz zasalutował.
— Dziękuję, monsiuer. Odprawiłem już trzy pociągi.
— Kiedy odszedł ostatni?
— Przed jakąś godziną, do Lomalto. To końcowa stacja.
— Czy widzieliście w pociągu osoby cywilne? Żołnierz chytrze zmrużył oczy.
— Właściwie nie.
— A niewłaściwie?
— Tego nie wolno mi zdradzić. Jestem tylko podrzędnym pracownikiem i wykonuję polecenia przełożonych.
—
Traper Sępi Dziób
Cudaczny lord
Małe, zwinne czółno posuwało się po falach i wkrótce przybyło do lądu. Rzekomo ranny mruknął zadowolony:
— Nareszcie! Ależ durnie, ci Anglicy! Nawet na pustkowiu nie rozstają się z cylindrem. Do diabła! Co to za długi nochal!?
Sępi Dziób wysiadł z czółna, pozostawiwszy w nim obu wioślarzy i zbliżył się powoli do leżącego na ziemi Meksykanina. Polecił wioślarzom natychmiast uciekać, gdyby zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
Meksykanin usiłował podnieść się na łokciu.
— Och, senior, jak ja cierpię! — jęknął.
Sępi Dziób zsunął binokle na koniec nosa, obejrzał leżącego spode łba, dotknął go ostrożnie parasolem i rzekł skrzekliwym głosem:
— Cierpi? Where? Boli?
— Jeszcze jak!
— Miserable! Bardzo miserable! Jak się master nazywa?
— Ja?
— Tak.
— Federico.
— Kim jesteś?
— Vaquero.
— Goniec od Juareza?
— Tak.
— Jakie wiadomości?
Meksykanin skrzywił się i znowu jęknął, jak gdyby przeszył go straszliwy ból.
Tymczasem Sępi Dziób rozglądał się
Małe, zwinne czółno posuwało się po falach i wkrótce przybyło do lądu. Rzekomo ranny mruknął zadowolony:
— Nareszcie! Ależ durnie, ci Anglicy! Nawet na pustkowiu nie rozstają się z cylindrem. Do diabła! Co to za długi nochal!?
Sępi Dziób wysiadł z czółna, pozostawiwszy w nim obu wioślarzy i zbliżył się powoli do leżącego na ziemi Meksykanina. Polecił wioślarzom natychmiast uciekać, gdyby zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
Meksykanin usiłował podnieść się na łokciu.
— Och, senior, jak ja cierpię! — jęknął.
Sępi Dziób zsunął binokle na koniec nosa, obejrzał leżącego spode łba, dotknął go ostrożnie parasolem i rzekł skrzekliwym głosem:
— Cierpi? Where? Boli?
— Jeszcze jak!
— Miserable! Bardzo miserable! Jak się master nazywa?
— Ja?
— Tak.
— Federico.
— Kim jesteś?
— Vaquero.
— Goniec od Juareza?
— Tak.
— Jakie wiadomości?
Meksykanin skrzywił się i znowu jęknął, jak gdyby przeszył go straszliwy ból.
Tymczasem Sępi Dziób rozglądał się
Rapier i Tomahawk
Czarny Gerard
O jakieś sto dwadzieścia mil angielskich od ujścia Rio Pecos do Rio Grandę del Norte, na meksykańskim wybrzeżu tej potężnej rzeki, na ostrym zakręcie niedaleko Presidio de S. Vicente leży znany już naszym czytelnikom port Guadalupe. W roku 1848 Emma Arbellez wraz z przyjaciółką Karią była tu z wizytą u krewnych. W drodze powrotnej napadli ją i uprowadzili Komanczowie. Jak pamiętamy, oswobodził je Piorunowy Grot i Niedźwiedzie Serce.
Rodzina, u której gościły Emma i Karia, była spokrewniona z Pedrem Arbellezem. Jego piękna siostra wyszła za mąż za Pirnera, który przywędrował do Guadalupe nie wiadomo skąd. Zajął się niewielkim interesem, ale z biegiem czasu rozwinął go tak, że stał się najbogatszym człowiekiem w całej okolicy.
Prędko owdowiał. Został sarn z jedyną córką. Śmierć żony nie zaważyła na życiu Pirnera. Miał usposobienie wesołe, nieskłonne do smutku. Żył szczęśliwie i beztrosko, a ściśle mówiąc, z jedną tylko troską: mianowicie jego córka Rezedilla nie zamierzała wyjść za mąż. Dawniej było mu to zupełnie obojętne. Ale teraz, gdy się postarzał, myśl o
O jakieś sto dwadzieścia mil angielskich od ujścia Rio Pecos do Rio Grandę del Norte, na meksykańskim wybrzeżu tej potężnej rzeki, na ostrym zakręcie niedaleko Presidio de S. Vicente leży znany już naszym czytelnikom port Guadalupe. W roku 1848 Emma Arbellez wraz z przyjaciółką Karią była tu z wizytą u krewnych. W drodze powrotnej napadli ją i uprowadzili Komanczowie. Jak pamiętamy, oswobodził je Piorunowy Grot i Niedźwiedzie Serce.
Rodzina, u której gościły Emma i Karia, była spokrewniona z Pedrem Arbellezem. Jego piękna siostra wyszła za mąż za Pirnera, który przywędrował do Guadalupe nie wiadomo skąd. Zajął się niewielkim interesem, ale z biegiem czasu rozwinął go tak, że stał się najbogatszym człowiekiem w całej okolicy.
Prędko owdowiał. Został sarn z jedyną córką. Śmierć żony nie zaważyła na życiu Pirnera. Miał usposobienie wesołe, nieskłonne do smutku. Żył szczęśliwie i beztrosko, a ściśle mówiąc, z jedną tylko troską: mianowicie jego córka Rezedilla nie zamierzała wyjść za mąż. Dawniej było mu to zupełnie obojętne. Ale teraz, gdy się postarzał, myśl o
Kozak
Na jarmarku w Wierchnieudinsku
W syberyjskim mieście powiatowym Wierchnieudinsku odbywają się regularnie dwa słynne jarmarki; jeden przypadał właśnie na wiosnę. Przybywali na niego myśliwi, aby sprzedać skóry zwierząt, które upolowali zimą w pokrytych śniegiem lasach lub w pustej, wyludnionej tundrze. Na jarmarku jesiennym zaopatrywali się natomiast w zapasy, potrzebne podczas zimowych polowań na futra.
Na tamtych niezmierzonych równinach określanych mianem tundry można było polować jedynie zimą, kiedy ziemia była zamarznięta, kiedy bowiem wiosną tajała, zamieniała się w ogromne, bezdenne bagna, w których wszystko grzęzło.
Ale skoro tylko nastała zima i grunt znów był twardy, zwoływali się łowcy soboli, aby w grupach od dziesięciu do dwudziestu polować na zwierzęta, których cenne futro tak bardzo było poszukiwane na rosyjskich i chińskich rynkach.
W czasach, w jakich rozgrywa się ta opowieść, myśliwymi w tych stronach byli albo tubylcy, którzy musieli polować, ponieważ wolno
im było oddawać carowi daninę w futrach, albo zesłańcy zmuszani do dostarczania co roku określonej ilości
W syberyjskim mieście powiatowym Wierchnieudinsku odbywają się regularnie dwa słynne jarmarki; jeden przypadał właśnie na wiosnę. Przybywali na niego myśliwi, aby sprzedać skóry zwierząt, które upolowali zimą w pokrytych śniegiem lasach lub w pustej, wyludnionej tundrze. Na jarmarku jesiennym zaopatrywali się natomiast w zapasy, potrzebne podczas zimowych polowań na futra.
Na tamtych niezmierzonych równinach określanych mianem tundry można było polować jedynie zimą, kiedy ziemia była zamarznięta, kiedy bowiem wiosną tajała, zamieniała się w ogromne, bezdenne bagna, w których wszystko grzęzło.
Ale skoro tylko nastała zima i grunt znów był twardy, zwoływali się łowcy soboli, aby w grupach od dziesięciu do dwudziestu polować na zwierzęta, których cenne futro tak bardzo było poszukiwane na rosyjskich i chińskich rynkach.
W czasach, w jakich rozgrywa się ta opowieść, myśliwymi w tych stronach byli albo tubylcy, którzy musieli polować, ponieważ wolno
im było oddawać carowi daninę w futrach, albo zesłańcy zmuszani do dostarczania co roku określonej ilości